Jedynie kilka dni bezwietrznych i pochmurnych dni w minionym tygodniu wystarczyło, by pokazać faktyczne fiasko niemieckiej transformacji energetycznej. Ceny energii wystrzeliły w górę, a kraj musiał na potęgę kupować prąd od Polski, Szwecji i Francji. Niestety, import ten napędza również wzrost cen energii w pozostałych krajach, w tym w Polsce - zauważają zachodnie media.

 

Zgniła pogoda wykoleiła Niemcy

"Ciemna cisza" dowiodła, że nawet 30 000 turbin wiatrowych i 4 mln paneli fotowoltaicznych nie wytworzy nam prądu, jeśli nie ma wiatru i słońca. A elektrowni konwencjonalnych jest coraz mniej - komentuje Agrarheute. Bez słońca i wiatru Niemcy skazane zostały na import prądu od sąsiadów - z Polski, Francji i Szwecji.

Skala tych zakupów poraża, bo nasi sąsiedzi musieli kupować więcej prądu, niż sami wytwarzali. Komentarze są jednoznaczne i nie pozostawiają suchej nitki na upadłej koalicji rządzącej. Sytuacja jasno pokazała bowiem, że decyzje o wyłączeniu elektrowni jądrowych i konwencjonalnych były przedwczesne i nieprzemyślane.

Import psuje bilans CO2

Wszyscy wytykają również, że bez "brudnego" prądu z polskich elektrowni węglowych, oraz szwedzkich i francuskich elektrowni atomowych, Niemcy pogrążyć się mogą w ciemnościach. Słabość systemu energetyczne widać szczególnie w okresie jesienno-zimowym, gdy zapotrzebowanie na energię rośnie. Co również odnotowano, import energii konwencjonalnej i jądrowej sprawia, że energetyczny bilans Niemiec wygląda znów tragicznie, bo udział energii odnawialnych w niemieckim koszyku elektroenergetycznym jest niski.

Jak raportuje Focus, od czwartkowej pory lunchu do południa w piątek ubiegłego tygodnia, Republika Federalna wyemitowała około 500 gramów CO2 na kilowatogodzinę wytworzonej energii elektrycznej. Oznacza to, że Niemcy mają obecnie znacznie bardziej brudną energię elektryczną, niż większość innych krajów.

Ceny prądu wystrzeliły

Wskutek braków energetycznych w Niemczech ceny prądu w minionym tygodniu poszybowały. Jak czytamy w Agrarheute, stawka rosła o prawie 1 euro z dnia na dzień, dochodząc do 130 centów za kWh. Podwyżki cen i braki mocy odczuli przede wszystkim odbiorcy, którzy korzystają z tzw. taryf dynamicznych, a więc stawek aktualizowanych na bieżąco, w zależności od podaży i popytu na rynku.

Co bardziej energochłonne zakłady musiały wstrzymywać lub ograniczać produkcję, odsyłając załogę do domów.

-Czwartkowy szczyt cen mocno nas uderzył. Musieliśmy zmniejszyć produkcję o 30 procent, ograniczyć zmianę i odesłać ludzi do domu - przyznaje na łamach portalu Handelsblatt Dirk Howe, dyrektor zarządzający odlewni Siempelkamp w Krefeld.

Szwecja krytykuje niemiecką politykę

Co gorsza, ogromny popyt i import energii ze strony Niemiec, napędza podwyżki cen prądu w pozostałych krajach UE, szczególnie tych dostarczających go Niemcom. Szwecja odczuła to szczególnie, bo w południowych regionach tego kraju ceny eksplodowały. Większość odbiorców energii elektrycznej ma tam dynamiczne taryfy za energię elektryczną. W efekcie do sytuacji odniosła się nawet szwedzka minister energetyki Ebba Busch.-Gospodarka przemysłowa nie może polegać na dobrej woli bogów pogody, jeśli chodzi o swój dobrobyt. Jak pokazał ubiegły tydzień, poleganie na nieciągłych źródłach energii, takich jak energia wiatrowa i słoneczna, jest wielkim wyzwaniem

- powiedziała minister niemieckiemu portalowi Bild.

Szwedzka minister skrytykowała też, że niemieccy politycy nagle zastanawiają się nad skutkami systemu elektroenergetycznego zależnego od pogody, skoro zimy w Europie rządzą się od tysiącleci tymi samymi prawami.

-Jestem zła, ponieważ Niemcy wcześniej sukcesywnie zamykały elektrownie jądrowe – wprost stwierdziła Busch. -Wiosną 2024 r. wyłączono ponad cztery gigawaty elektrowni na węgiel brunatny i kamienny, a w 2023 r. wyłączono ostatnie elektrownie jądrowe.

Beztroski minister i przerażony przemysł

-To rzeczywiście niezwykle wysokie ceny – stwierdził tymczasem niemiecki minister gospodarki Robert Habeck na szczycie przemysłowym Handelsblatt. -Nie można tego uniknąć w fazach, w których jest mało słońca i wiatru. W zamian będziecie mieli 50 tygodni, podczas których ceny prądu będą niskie.

Niemieckie firmy biją jednak na alarm - donosi Agrarheute. Sytuacja z ubiegłego tygodnia pokazała bowiem, że mimo posiadania ponad 30 000 turbin wiatrowych i prawie 4 milionów instalacji solarnych, niemiecki system energetyczny nie jest w stanie zapewnić ciągłości dostaw, uzależniając gospodarkę kraju od importu. A co jeśli Polska też zamknie swoje elektrownie węglowe? A co jeśli np. atak zimy w Skandynawii czy powodzie we Francji uniemożliwią eksportowanie prądu do Niemiec?

Sytuacja w Niemczech wyraźnie ukazuje też zagrożenia wynikające z transformacji energetycznej całej UE. Kolejny atak "zgniłej jesieni" może wykoleić gospodarkę i pogrążyć w ciemnościach niejeden kraj...

 

www.farmer.pl